Subiektywna siódemka najlepszych seriali

Oglądanie dobrego serialu jest już wartością zbliżoną do czytania książki czy filmu. Wypromowany ze wszystkich stron Netflix spowodował niesamowity boom na tę formę rozrywki i producenci nareszcie wychodzą naprzeciw oczekiwaniom młodszych pokoleń widzów. Czterdziestoletnim oglądaczom seriale kojarzą się raczej z kiepskimi, ciągnącymi się w nieskończoność tasiemcami o tym, że Zbysiu zdradza Alinę, a nastoletnia córka sąsiadki sprzedawcy ogórków odkrywa, że jest w ciąży. Dla mnie seriale to forma rozrywki, która jest po prostu cool. Dzisiaj serial musi być dopracowany, estetyczny, posiadać niebanalne dialogi, zostać zrealizowany w porządny sposób, mieć dobry soundtrack i opowiadać coś odkrywczego. I te kryteria naprawdę są spełniane.

Muszę was tylko uprzedzić, że z reguły nie oglądam niczego, co ma więcej niż trzy sezony. Według mnie rzadko która produkcja utrzymuje poziom przez tak długi czas. Poza tym nie lubię być w tyle, a ciężko nadrabiać siedem sezonów, by być na bieżąco, jednocześnie posiadając jeszcze jakieś życie i obowiązki. Właśnie dlatego wymienione tu seriale będą raczej krótkie, żadnych tasiemców. Nie chciałam sobie też pod żadnym pozorem robić tej przykrości, by jakoś je wartościować i ustawiać kolejnością.

1. The end of the f*** world

Ostatnio miał premierę na Netflixie. Sezon jest jeden, odcinków osiem, każdy ma około dwudziestu minut. Oznacza to jedno: łyka się go naraz, od pierwszego do ostatniego odcinka. Nie pozwala się od siebie oderwać. Bohaterami jest dwójka wyjątkowo trudnych i dziwacznych nastolatków. Z początku ciężko się z nimi utożsamić, a ich wybryki, dialogi i pomysły generalnie mają nas zadziwić. Pod otoczką buntowników kryją się oczywiście miękcy i przerażeni ludzie, dlatego po kilku odcinkach kibicowałam obojgu. Serial bazuje na ciągłym zaskakiwaniu widza, humor bywa upiorny, akcja niby rozgrywa się w naszych czasach, ale stroje i kolorystyka odwołują się do lat osiemdziesiątych. Mimo że cała kreacja wydawała mi się nieautentyczna, a ostatni odcinek był wielkim zawodem, nie mogłam przestać oglądać. Dla klimatu i wspaniałego brytyjskiego akcentu bohaterów warto.

2. Mr. Robot

Pozostając w nietuzinkowych postaciach, pora na Elliota, w którego rolę wciela się wspaniały Rami Malek (swoją drogą w tym roku ujrzymy go w kinach jako Freddiego Mercurego). Za dnia specjalista do spraw bezpieczeństwa, nocą zaś haker. Intelekt i fobię społeczną wyczuwamy gdy tylko się pojawi. Elliot przez trzy sezony będzie próbował uczynić świat lepszym miejscem, a my rzucimy okiem na największą światową korporację, wielkie pieniądze, oszustwa, intrygi, niebezpieczne układy. Wejdziemy też trochę do jego głowy.  Klimat serialu jest naprawdę specyficzny, swoje robi kolorystyka i ścieżka dźwiękowa. Mimo że nie widziałam jeszcze trzeciego sezonu, uważam, że to jedna z lepszych produkcji, jakie miałam przyjemność zobaczyć. Mr. Robot dostał dwa złote globy i narobił prawdziwej furory.

 

 

3. Stranger things


Wyreżyserowane przez braci Duffer arcydzieło i absolutny must see. Stranger things to pomnik złożony klasycznym filmom grozy w stylu Stephena Kinga i wielki sentymentalny powrót do lat osiemdziesiątych. Dziwne rzeczy dzieją się w niewielkiej mieścinie zwanej też Hawkings. Gdy ginie dwunastoletni chłopiec, jego przyjaciele i matka robią wszystko, by go odzyskać. Jednocześnie pojawia się też ogolona na łyso dziewczynka z cieknącą z nosa krwią, a sprawy ulegają komplikacji. Potwory, tajemnicze laboratorium, inny wymiar, obciachowe fryzury, muzyka z syntezatorów, szkolne miłości i cała gama emocji. Oba sezony są doskonałe, bohaterowie chwytają za serce, a akcja trzyma w napięciu. Mój zdecydowany faworyt spośród całej siódemki.

4. Mindhunter

Cofamy się jeszcze trochę i lądujemy w latach siedemdziesiątych. Dwóch agentów FBI latając po całych Stanach, ugania się za najobrzydliwszymi ze schwytanych morderców. Ich projekt zakłada przeprowadzanie wywiadów ze zbrodniarzami, by dowiedzieć się, jak pracuje umysł psychopaty. Serial oparty jest na książce, a książka na faktach – jej autorem jest John Douglas, czyli „jeden z najwybitniejszych profilerów FBI”, który stał się pierwowzorem roli Holdena, głównego bohatera serialu.

Mindhunter wciąga i wstrząsa. Opisani mordercy są autentycznymi postaciami, które faktycznie żyły i zabijały w latach siedemdziesiątych. Pojawia się na przykład Ed Kamper, który przedstawiony został w taki sposób, że nie da się go nie polubić. Poza tym, że jest sympatyczny, zabił dziesięć osób, w tym swoją matkę. Nie chcecie wiedzieć, co zrobił z jej głową.

5. Lucyfer

Lucyfera absolutnie ubóstwiam i nic tak nie poprawia mi humoru po ciężkim tygodniu jak myśl o zrelaksowaniu się przy kolejnym odcinku. Szatan znudził się życiem w Piekle i postanowił zrobić sobie wakacje w Mieście Aniołów, Los Angeles. Wyobrażenie upadłego anioła jako irracjonalnie seksownego bruneta z nienagannym brytyjskim akcentem rozbraja każdego. Jego postać jest czarująca, samolubna oraz niewinna w bardzo dziecięcy sposób. Lucyfer prowadzi klub nocny, gra na pianinie i dla rozrywki pomaga Detektyw Decker w rozwiązywaniu zagadek kryminalnych i łapaniu przestępców (Detektyw posiada tak piękne, równe i nienaganne brwi, że ja naprawdę nie wiem, ile osób wkłada w nie wysiłek na planie filmowym, ale chcę takie). Uwielbiam humor w tym serialu, nic tak nie poprawia mi humoru jak jakaś cięta riposta przystojnego diabła. Ciągły schemat nowego przestępstwa w każdym odcinku jest dość nużący, ale Lucyfera ogląda się dla… Lucyfera.

 

6. Dark

To pierwszy niemiecki serial wyprodukowany przez Netflixa i w netflixownym topie zajmuje piąte miejsce. Dla porównania Stranger Things mają trzecie, a między tymi produkcjami da się wyczuć kilka wspólnych punktów. Już nawet nie chodzi o to, że w małej mieścinie także gubią się chłopcy, a miejscowa elektrownia nie wpuszcza policji. Nie mogę powiedzieć, że klimaty seriali są do siebie zbliżone, bo w Stranger things mamy sielankę i ciągłe puszczanie oka do widza. Dark jest bardziej mroczne, gęste i zaskakujące, a grozy jest dużo więcej. Wątek lat 80′ jest użyty w bardziej niepokojący, ale też intrygujący sposób. Serial trzeba oglądać w skupieniu, by nie przegapić żadnego ważnego szczegółu, akcja zaskakuje, a tajemnice nie pozwalają oderwać się z kanapy. Mimo że nie odebrałam dobrze ostatniego odcinka, bo czułam, jakby na siłę chciało się mnie jeszcze bardziej zaskoczyć, to wkręcenie się w ten serial było naprawdę bardzo fajne, i wyleczyło trochę mojego kaca po drugim sezonie Stranger things. No i muzyka jest super.

7. Seks w wielkim mieście

Dodaję trochę przekornie, bo serial jest świetny, mimo że produkcja zaczęła się rok przed moimi narodzinami. Nowojorska sielanka, drinki, restauracje, cztery przyjaciółki, cztery diametralnie inne spojrzenia na życie, seks i miłość, plotki, więcej drinków, drogie buty, faceci. Serial jest tak przyjemny i relaksujący jak naciągany, bo raczej nikt nie utrzyma się na wysokim poziomie w Nowym Jorku, pisząc jeden felieton tygodniowo. Niemniej ucieczka do łatwego i drogiego świata, w którym największym problemem jest zawsze jakiś facet to właśnie powód, dla którego ogląda się to tak dobrze. Dialogi są świetne, a język na tyle prosty, że można oglądać serial w oryginale i dodatkowo dopracować swój angielski. No i od razu machnąć sobie ładne paznokcie, bo akcja jest niewymagająca. Sezonów jest faktycznie więcej niż trzy, bo aż sześć, ale odcinki mają po dwadzieścia pięć minut, a parcia na zarywanie nocek nie czujemy.

Oczywiście miło jest być zwierzęciem produktywności, ale od czasu do czasu warto zaparzyć herbatę, zawinąć się w kokon z koców i dać sobie odpocząć. Moją ostatnią obsesją jest natomiast szukanie tanich biletów do kina i latanie na filmy nominowane do nadchodzących Oscarów. Gdy już obejrzę wszystko, na co się czaję, na pewno skleję posta na ten temat, bo fajnie orientować się w dobrych produkcjach. Jednocześnie myślę, że już pora otworzyć tutaj dział Kultura 😉

Podziel się dobrem!