Pokolenie Z ma dość twojego narzekania

Niedawno moja kumpela stała sobie grzecznie na przystanku ze słuchawkami w uszach, gdy podszedł do niej jakiś starszy facet i rzucił, że młodzi nie potrafią oderwać się od telefonów. Zapytał też, czy w ogóle wie, jak brzmi cisza, bo przecież ciągle słucha muzyki. Z grubej rury tak zaczął, nie powiem. Mógł chociaż kulturalnie powiedzieć „dzień dobry”.

Tutaj generacja Z, poznaj nas

Mówi się o nas ‚pokolenie internetowe’. To my jesteśmy kozłami ofiarnymi w wyliczance pokoleniowej, bo jakąkolwiek legendą nie obrośli już millenialsi, pokolenie Z wydaje się dwa razy bardziej hardcorowe. Ludzie z tej generacji to dzieciaki urodzone po roku 90’ czy 96’. Niektóre kiepskie źródła piszą nawet, że rocznik 00’ był tym przełomem, ale niespecjalnie zgadza się to z rzeczywistością. Całe zamieszanie wzięło się bowiem z obecności technologii w naszym dorastaniu. Zostałam urodzona w roku 1999 i gdy biegałam z koleżankami na trzepak albo grałam w klasy pod blokiem, większość z nas miała już komórki. W tym samym czasie do mieszkań wnoszono pierwsze komputery i nasze dojrzewanie przeniosło się do sieci, na E-pulsa i Naszą klasę. Z moją pierwszą podstawówkową miłością (pozdro, Kacper!) godziny spędzałam na Gadu Gadu. Od tamtej pory jesteśmy świetnie zakorzenieni w Internecie. Dlatego ludzie, którzy dorastając, mieli dostęp do sieci i ci, którzy ten dostęp otrzymali dopiero później, to różne pokolenia, zupełnie różne sposoby myślenia oraz zestawy potrzeb.

Nie odłączaj mnie od sieci

Przyznaję rację wszystkim babciom, nauczycielom i geniuszom spostrzegawczości, od których wielokrotnie musiałam słuchać, że ci okropni młodzi ludzie prawie nie odrywają się od telefonów: brawo, rozgryźliście nas. To prawda, bo nasze życie toczy się na dwóch planach: realnym i w sieci. Nie czujemy nawet tej granicy między nimi. Tak już z nami po prostu jest. Połączenie internetowe to dla mnie najbardziej naturalna rzecz na świecie – mniej więcej tak, jak przyswajanie wiedzy czy umiejętność pisania. Komunikuję się ze znajomymi non stop. Często kończę dzień ostatnim „Dobranoc” wysłanym już spod kołdry. Z niektórymi osobami łatwiejsze i bardziej oczywiste od rozmowy na żywo jest prowadzenie konwersacji na komunikatorze. Poważnie, niektórzy lepiej piszą, niż mówią. To nie znaczy, że wolimy utrzymywać kontakt przez Internet – spotkania na żywo są o niebo ważniejsze. Miło jest mieć po prostu dodatkowe narzędzia do budowania relacji, a osoby nieśmiałe, zwłaszcza w okresie dorastania, mają dodatkową alternatywę do komunikacji z rówieśnikami. I skoro już o pisaniu mówimy, to co lepsi hardcorzy nie potrzebują nawet zerkać na klawiaturę, by płynnie się wyrażać. Nie ma dla nas nic bardziej załamującego od widoku czterdziestolatka, wystukującego po dziesięciosekundowym namyśle każdy pojedynczy klawisz; nieważne, czy mówimy o komputerze czy telefonie.

Nie możemy żyć bez technologii. Niezwykle mnie bawi demonizowanie jej. Na przestrzeni wieków miały miejsce różne przełomy. Wynalezienie druku czy maszyny parowej, połączenie telefoniczne, pokaz filmu braci Lumière czy sztuczna inteligencja. Każde odkrycie popycha nas naprzód. Z tego miejsca cyfryzacja pójdzie już tylko dalej. Dziś dzieci w wózkach bawią się tabletami, a siedmiolatki wieczorami są prowadzone przez swoje mamy na zajęcia z programowania. Umiejętność korzystania z technologii to coś w stylu umiejętności czytania. Obie są niezbędne.

Różne dziwne przypadłości

Przyznaję, że bycie dzieciakiem z e-pokolenia jest o tyle zabawne, co męczące. Masa niepotrzebnych drobiazgów zawraca mi głowę. Potrzebuję natychmiastowego feedbacku i po każdej, nawet najmniej ważnej, wysłanej przeze mnie informacji czekam choćby na krótkie „okej”, a jego brak często w jakiś sposób dezorganizuje moje działania, zasiewa ziarno niepewności. Na Facebooka i Insta zaglądam około dziesięciu razy dziennie. Nie jestem jedyna. Portale społecznościowe dla większości z nas stanowią integralną część życia. Stale szukamy też potwierdzenia własnej wartości we wszystkich otrzymanych lajkach i serduszkach; używanie Snapchata o każdej porze dnia i nocy jest tu normalne. Autoprezentacja, pokazywanie się, przypomnienie innym o swoim istnieniu, podtrzymywanie imige’u. To właśnie my.

Oczywiście to nie tak, że wszyscy jesteśmy narcyzami. Może i uważamy się za młodych bogów, ale gdyby pokopać głębiej, nie jesteśmy tak pewni siebie, na jakich się kreujemy. Lekarstwem na kompleksy jest atencja. Karmimy się nią. Jeśli nie lubimy swojego nosa, robimy zdjęcie pod takim kątem, by nie było go widać, podkręcamy kontrast i trochę rozjaśniamy, a potem wstawiamy na Fejsa i liczymy każdy pojedynczy lajk. Zmiana zdjęcia profilowego to zazwyczaj big deal. Że już nie wspomnę o potrzebie gratyfikacji w codziennym życiu, bo lajki i serduszka muszą się zgadzać także w realu. Potrzebujemy pochwał po większości wykonanych zadań.
To prawda, że nie potrafimy się skupić. Że coraz więcej z nas cierpi na fomo, że potrzebujemy bodźców, a jedno zadanie bardzo szybko nas nudzi (w końcu nazywa się nas też multitasking generation). Różne dziwne przypadłości wżarły się w to pokolenie. Jakoś ciężej nam nawiązywać kontakty face to face, prowadzić rozmowę czy wyjść do ludzi w obcym środowisku. Jesteśmy może bardziej nieśmiali, a mniej ogarnięci życiowo. Załatwienie prostych spraw zakładających interakcje społeczne (wizyta w banku, zgłoszenie reklamacji) wydaje się trochę większym wyzwaniem. Stojąc koło siebie na przystanku, milczymy.

Czy narzekanie na nasz styl życia ma sens? Czy nie dojrzalej będzie zaakceptować, że funkcjonujemy w bezustannym połączeniu ze znajomymi, z informacjami, z siecią? Na zeszłorocznej konferencji Bezee – Trendy w edukacji Przemek Staroń, psycholog i nauczyciel filozofii (którego niesamowicie podziwiam), mówił o metabolizmie informacyjnym, który jako młodzież posiadamy. Żeby coś przetrawić, wielu z nas potrzebuje chwili w sieci – odpalenia Snapa albo Instastory. Czy uważam, że to super? Nie. Czy uważam, że machanie rękami i wykrzykiwanie „jesteście uzależnieni od komórek!” jest efektywne albo mądre? Tym bardziej nie. Jest raczej dosyć żenujące. Sądzę, że obie strony powinny być otwarte na jakiś dialog w poszukiwaniu wspólnych mostów i rozwiązań. Tylko kto będzie bardziej dorosły?

Podziel się dobrem!
  • Szaman Shamansky

    „Oczywiście to nie tak, że wszyscy jesteśmy narcyzami. Może i uważamy się za młodych bogów, ale gdyby pokopać głębiej, nie jesteśmy tak pewni siebie, na jakich się kreujemy. Lekarstwem na kompleksy jest atencja. Karmimy się nią.”

    To jest właśnie definicja narcyzmu (może poza karmieniem się atencją). Brak pewności siebie ukrywany tworzeniem wizerunku osoby z zawyżoną samooceną. Jesteście / jesteśmy narcyzami. My, Y-greki też się w większości na to łapiemy. Dla wielu z nas zmiana profilowego to także big deal i może nie wszyscy zwracamy aż taką uwagę na lajki, ale to także znowu zależy 😉
    Myślę, że wiele rzeczy wynika też z wieku i jeśli się nie zafiksujecie na niektórych głupotkach (jak to, że ciągle potrzebujecie potwierdzenia i atencji) to po prostu z tego wyrośniecie 🙂 O ile naprawdę tak jest, że wszyscy to macie, a nie tylko bliskie grono Twoich znajomych 😉

    • Faktycznie, ciężko jest powiedzieć coś obiektywnego o pokoleniu, które jest jeszcze młode i babrze się z tym całym wchodzeniem w dorosłość.
      To raczej rzut na całe środowisko niż ma znajomych. Dzięki za komentarz!