Londyn: nie zrobiłam tego taniej

Historia z Londynem zaczęła się w szkole, ale kontekst opowieści jest o wiele szerszy. Gdzieś pod koniec podstawówki dostałam lekkiego fioła na punkcie podróży. Oglądałam programy podróżnicze, czytałam blogi podróżnicze. Od szóstej klasy co roku jestem na festiwalu Kolosy w Gdyni i non stop wyszukuję jakieś prelekcje na ten temat. Czytam gazety, kupuję książki. Nie jestem ekspertem, ale jak na laika wiem bardzo dużo. Wobec tego na wieść, że organizowana w szkole wycieczka do Londynu ma kosztować 800zł za jeden weekend, zaczęłam się śmiać. Bo wiecie, cena wycieczki ceną wycieczki, ale każdy nastolatek musi też wziąć jakąś kasę na streetfood i nieprzydatne pierdoły, co daje ponad 1000zł wydane w dwa i pół dnia. Zaczęłam śmiać się jeszcze głośniej. Ktoś rzucił, żebym w ramach challengu zrobiła konkurencyjną wycieczkę. Taniej. Zgodziłam się chętnie, bo kto jak nie ja mógłby zrealizować tak porypany pomysł? Nie udało mi się.
Ale zanim do tego doszło, zaczęłam szukać wspólnika w zbrodni. I tak gdzieś po kulturalnym drinku czy dwóch wspomniałam o pomyśle Sabinie. Trochę obawiałam się, że postuka się w czoło albo wymiga jakoś ładnie, ale stwierdziła, że mój do it cheaper challenge brzmi jak świetna zabawa. Plan był prosty: tanie linie lotnicze, nocleg na Couchsurfingu, robienie tych samych rzeczy, co koledzy z wycieczki, ale za mniejsze pieniądze. Dla podkręcenia atmosfery zarezerwowałam loty w dokładnie tym samym terminie. Miałam nawet zamiar spotkać tamtą grupę, wyskoczyć nauczycielom zza rogu i rzucić coś w stylu „O, pani też w Londynie? Co za niespodziewane spotkanie!”. Żałuję, że nie udało się tego zrobić; ciężko było się skomunikować i zgrać plany.

Na pewno każdy, kto obserwuje mnie na Instagramie i Facebooku wie, że miasto szczerze mnie zachwyciło. Od dawna nie widziałam tak wielkiej kumulacji piękna w jednym miejscu. Architektura Londynu jest wspaniała, całe to wielkie miasto (no okej, może nie całe, bo poruszałyśmy się głównie po strefie pierwszej) wygląda jak starówka, z zadbanymi budynkami i czystymi ulicami – wyjątkiem jest ścisłe centrum, bo tam, między wieżowcami, czułam się trochę jak w Singapurze. Teoria szklanych domów ostro komuś weszła. Musicie też wiedzieć, że w tym mieście jest skandalicznie wiele pięknych ludzi. W Gdańsku czasem uda mi się zauważyć na ulicy kogoś pięknego i się zadziwić. Tam wyzwaniem było znalezienie brzydkiego. Nie przygotowałam się też na tak intensywny mix kultur i akcentów. Szczerze mówiąc, to był pierwszy raz, gdy w pełni doświadczyłam czegoś takiego jak akcent. Niesamowite, że każdy człowiek mówi trochę inaczej, że na same słowa da się tak mocno narzucić lata własnej kultury i wychowania (mimo to dalej rozpływam się, słysząc właśnie brytyjską miękkość języka).


Nie spodziewałam się też kompletnej ignorancji dla świateł drogowych czy pasów dla pieszych ze strony mieszkańców. Krótki poradnik, jak przetrwać w Londynie, będąc pieszym? a) czytasz na asfalcie, w którą stronę powinieneś spojrzeć (poważnie, są napisy look left i look right!) b) jeśli chwilowo nic nie jedzie, masz szczęście c) ignorujesz czerwone światło d) dzida przez ulicę!!! Co może się stać?? Ludzie na całej długości jezdni nagle sobie przechodzą, jakby dostali jakiś sygnał z kosmosu. Moja wizja uporządkowanego, sztywnego Brytyjczyka poszła uprawiać miłość.

Próbowałam jak tylko mogłam wystrzegać się tourist trapów. Nie zamierzałam zobaczyć Big Bena, nie chciałam zbliżać się do London Eye czy Madame Tussauds. Moja oportunistyczna natura gardzi wszystkimi oczywistościami i choć te atrakcje pewnie stanowią jakąś wartość, zależało mi na rozegraniu tego city breaka według własnych reguł. Reguły mówią na szczęście, że nawet najbardziej zatłoczone i konsumpcjonistyczne miejsce na świecie jest dozwolone, jeśli da się tam znaleźć jakiś cukier. No i proszę.


Pierwszego dnia po spędzeniu kilku godzin na Leicester Square, udałyśmy się do National Gallery. Od początku byłam nieźle podekscytowana, bo właśnie w tym ogromnym muzeum znajdują się dzieła Leonarda da Vinci, Tycjana, Rubensa, Michała Anioła, Moneta czy Rembrandta – i to naprawdę nie jest nawet połowa sław zebranych w tym miejscu. Szczerze mówiąc w drodze na lotnisko bardziej podekscytowana byłam perspektywą zobaczenia „Słoneczników” Van Gogha i „Kąpieli” Georgesa Seurata niż samym Londynem. Sabina jest w ogóle dwa razy większym artystycznym świrusem ode mnie, więc możecie sobie tylko wyobrazić, co tam czułyśmy. Biegałam od jednego obrazu do drugiego (jak wyjątkowo entuzjastyczny labrador). Na miejscu stwierdziłam, że „Słoneczniki” są trochę przereklamowane, ale zamiast tego zachwyciłam się „Krabami” Van Gogha. Przy Seuracie spędziłam jakieś dwadzieścia minut. Był niesamowity.
Kolejnego dnia odwiedziłyśmy Tate Modern. Spędziłyśmy w nim tylko dwie godziny, ale to wystarczało, by przytłoczyć mnie i oszołomić ogromem bodźców. Tak samo czułam się kiedyś w drogerii, szukając idealnych perfum. Po czwartym czy piątym zapachu węch szaleje i potrzebuje przerwy. Tak jak w Douglasach stoją kubeczki z ziarnami kawy, tak w Tate na każdym piętrze stały krzesła, leżaki i ławki ustawione w stronę okna. Byłyśmy też w Chinatown, Soho, a nawet w Nothing hill. Każda dzielnica podobała mi się bardziej od poprzedniej.


Masa osób pytała, gdzie w ogóle zamierzałam spać. Cóż, odpowiedź brzmi „u kogokolwiek”. Jestem wielką fanką Couchsurfingu. To portal internetowy zrzeszający pozytywnych świrusów gotowych przenocować nieznaną osobę w swoim domu/mieszkaniu/kawalerce. I na odwrót: to też osoby, które są na tyle zakręcone, by powierzyć swój los komuś innemu, wierząc, że taki nocleg będzie super. Ufamy, że ludzie są fajni, dobrzy i w porządku, i że nie wytną ci organów w nocy. Z naszym pobytem w Londynie wiązało się trochę stresu. Początkowy host (czyli osoba, która zgodziła się nas ugościć) półtora tygodnia przed wyjazdem dał mi znać, że jednak nie uda mu się zgrać terminów. Od tej chwili zaczęła się moja dzika walka o znalezienie innego noclegu. Ludzie, do których pisałam, niestety albo zwlekali z odpowiedzią, albo byli poza krajem, albo nie mieli już u siebie miejsca. Był też typ, który wydał się podejrzany, więc przezornie odpuściłam. Trzy dni przed wylotem wciąż jeszcze nie miałyśmy nikogo, kto zaoferowałby się pomóc (naprawdę nie wiedziałam, czy bardziej martwić się tym, czy jednak zagrożeniem z matmy). Wylot w piątek, a tutaj stres, nerwy, obmyślanie alternatyw. Środa – pół godziny po północy – dostaję wiadomość. Victor napisał, że akurat wrócił z Afryki, więc da radę przenocować nas u siebie przez weekend. Nie musiałam się już niczym przejmować.


Cóż, Victor był wspaniały. Miał niewielkie studio, czyli jeden duży pokój i malutką łazienkę. Spał na łóżku, Sab na kanapie, a ja w śpiworze (było wygodniej, niż w moim własnym łóżku, w sumie muszę to przemyśleć). Vic ma dwadzieścia pięć lat, poczucie humoru i amerykański akcent. Od samego początku nasza trójka dogadywała się tak, jakbyśmy znali się od dawna. Nie było żadnych niezręczności czy nieprzyjemnej ciszy. Wieczorkiem nasz młody ekonom pokazał nam parę pubów i jeden klub. To był ten moment, kiedy stwierdziłam, że nie ma co na siłę jeść chleba z masłem. Londyn to wspaniałe miasto. Chciałam wycisnąć z niego jak najwięcej. Ostatecznie wydałam mniej pieniędzy niż koledzy z wycieczki, ale nagie sumy nie są najlepszym wyznacznikiem. Tamta grupa odwiedziła parę miejsc, które my sobie odpuściłyśmy (Madame Tussauds, Queen’s Theatre), a plan zakładał robienie wszystkiego, co reszta. Gdybyśmy uwzględniły tamte atrakcje w naszym planie, z pewnością wyszłoby drożej, więc uznaję wyzwanie za nieudane.


Czy żałuję? Absolutnie nie. Przeżyłam nieziemski weekend, zobaczyłam wspaniałe miejsca, poznałam atmosferę największego miasta w Europie. Robiłam to w świetnym towarzystwie. Było bosko. Muszę się też przyznać: to była moja pierwsza samodzielna wyprawa tak daleko. Czuję się jak młoda heroska ze świadomością, że większość ogarnęłam sama. Czuję też, że wkroczyłam w życie, które chciałabym wieść. Założyłam plecak i zniknęłam na dwa dni. Jestem z siebie dumna.
Pssst! Najwięcej kasy wydałam na jedzenie. Stanowiło ono najmocniejszy akcent tej wyprawy. Jadłam rzeczy tak pyszne i egzotyczne, że nie mogłabym nie przygotować o nich osobnego wpisu. Bądźcie więc czujni!

Podziel się dobrem!
  • Trochę Ci zazdroszczę tego Londynu, to takie moje niespełnione marzenie, bo jakoś nie mam go z kim spełnić 😀

    • Nie było nic prostszego od znalezienia tanich biletów! Bierz przypadkową osobę albo leć sama, Londyn jest zbyt cudowny, by go nie odwiedzić!

  • Wiem już, że potrafię podróżować naprawdę tanio – autostop, couchsurfing, oszczędzanie na jedzeniu i skupianie się w sumie głównie na ludziach i mieście. To jest piękne, serio, zwłaszcza kiedy trafi się na spoko hosta, a zdarzało mi się trafić do zupełnie nieplanowanego miasta i w kilka godzin ogarnąć dobrego człowieka, gotowego mnie przenocować. Rzecz w tym, że ja już nie chcę tak podróżować. Sam autostop i couchsurfing są super, ale oszczędzanie już nie. No kurde, nie po to wybieram się do obcego kraju, żeby odmawiać sobie małych przyjemności. Muzea, galerie, kawiarnie, księgarnie, knajpy – to są takie miejsca, które w dużej mierze wpływają na charakter miasta, więc nie mogę rezygnować z lokalnego żarcia czy wizyty w najfajnieszym klubie w mieście. Jak już jechać to po to, żeby doświadczać jak najpełniej:) Dlatego całkowicie Was rozumiem i dobrze, że spróbowałyście zrobić coś inaczej niż grupa. W końcu nie tylko o kasę chodzi, ale też o spędzanie czasu z ludźmi mieszkającymi w Londynie, a to Wam się udało:)

    • To prawda, pomysłów i patentów na cięcie kosztów jest wiele i takie tanie wypady są na pewno o tyle ekscytujące, co męczące. To smutne non stop sobie czegoś odmawiać, bo nigdy cię nie stać. W ten weekend nauczyłam się, że lepiej już przygotować więcej kasy, by doświadczyć wszystkiego pełniej i wyraźniej. A autostopem planuję podróżować już po maturze, żeby mama dostała trochę mniejszego zawału 😉